Okrutna notka znaleziona w internecie,data marcowa.....Nie pisałabym tego,bo brutalne i straszne,ale tak się popłakałam.....przestać myśleć nie mogę .Bolesne jest to ,że nic nie mogę zrobić.....-KTO WRAŻLIWY NIECH NIE CZYTA
W Jeleniej Górze początek procesu Mariusza V. oskarżonego o zabójstwo trzyipółletniego Bartusia. 29-letni mężczyzna zakatował chłopca w maju zeszłego roku w Kamiennej Górze. Matce Bartka Iwonie K. prokuratura zarzuca znęcanie się nad nim i nieudzielenie mu pomocy..... Pierwszy raz Mariusz V. pobił Bartka marcu ubiegłego roku. Kolejny raz - w kwietniu. W maju katował go przez trzy dni. 15 maja kupił pół litra wódki i pił. Przy obiedzie, gdy chłopiec marudził i nie chciał jeść, mężczyzna na siłę wyprowadził go do toalety. Potem rzucił go na łóżko, aż z ust dziecka wypadły ziemniaki. Następnie bił go kablem. Kiedy płaczący Bartek usiadł na podłodze, mężczyzna chwycił go za rękę i zaczął go kopać. - Kopał po nogach i bił po twarzy z otwartej ręki. Bartek płakał i błagał: "Wujek nie bij", "Za co mnie bijesz?" - zeznała Iwona K. Bartka bolał brzuszek, ale kobieta nic nie zrobiła. Następnego dnia Mariusz znów znęcał się nad chłopcem. Uderzył go ręką w twarz tak mocno, że ten uderzył głową w piec kaflowy. Kolejne serie bicia nastąpiły w sobotę. - Bartek siedział na łóżku - zeznała Iwona K. - Mariusz najpierw bił go kablem. Bartek próbował wycofać się w moim kierunku, ale Mariusz go złapał i zaczął kopać po nogach i plecach. Pięścią uderzył go w brzuch. Kopnął go także w jąderka. Bartek był taki pobity, że nie miał siły płakać. W nocy chłopiec dostał gorączkę, majaczył. W niedzielę rano Iwona K. zaniosła go do szpitala, gdzie zmarł. Iwona K. przyznaje się do nieudzielenia pomocy synkowi, ale nie do znęcania się nad nim. Prokuratura ma jednak świadków, którzy potwierdzają, że jeszcze przed 15 maja ubiegłego roku biła Bartka. Grozi jej do dziesięciu lat więzienia. Mariuszowi V. oprócz zabójstwa prokuratura zarzuca znęcanie się nad chłopcem. Mężczyzna nie przyznaje się do winy. W śledztwie symulował chorobę psychiczną. Tydzień przed tragedią leżał kilka dni w szpitalu psychiatrycznym. Biegli lekarze orzekli jednak, że jest zdrowy, wiedział, co robi, i może za swoje czyny odpowiadać. Grozi mu dożywocie.